23 maja - dzień Zielonej Szkoły. Długo wyczekiwany przez wszystkich dzień. Wstałem przed 6 rano budząc Maję sms'em tak jak robię to zawsze. Sprawdziłem wszystko, dopakowałem najpotrzebniejsze rzeczy, zjadłem śniadanie i wyszedłem z domu aby na czas przybyć na miejsce zbiórki kupując jeszcze po drodze jakieś jedzenie na czas jazdy. Zawlekłem się pod autokar z walizką zaopatrzoną w sprzęt elektroniczny, bez którego żaden wyjazd nie mógł być udany. O 9.30 wszyscy pożegnaliśmy rodzinę i wyruszyliśmy w pięciogodzinną drogę. W prawdzie jedzie się tam tylko dwie godziny z Londynu, ale jak zwykle naszej wychowawczyni nie wystarczyła sama nudna jazda, więc musiała wymyślić, że będziemy po drodze zwiedzać równie nudne zabytki starego miasta. Usiadłem z Nathanielem na tylnych siedzeniach mając przed sobą miejsca zajęte przez Maję i Lucindę. Co 15 minut zatrzymywaliśmy się, oglądaliśmy i zwiedzaliśmy głupie miejsca, które ani trochę nie były ciekawe. Około godziny 15 dotarliśmy zmęczeni i głodni do średniej wielkości pensjonatu, gdzie mieliśmy zostać na równy tydzień. Nie był zły, ale nie był też bardzo wypasiony. Był okej. Weszliśmy wąskimi, krętymi schodami na drugie piętro i rozeszliśmy się do pokoi. Nie były luksusowe, ale ważne, że miałem gdzie podłączyć laptopa i przenośny ruter. Oczywiście bez wiedzy nauczycielki, która karygodnie zabroniła brać ze sobą jakichkolwiek sprzętów. Ale raz się żyję. Zajęliśmy w czwórkę jak najlepszy pokój. Tylko w tym towarzystwie mogłem się bawić zarówno na wycieczkach, nocą i wolnych chwilach spędzonych w pokoju. Rozpakowaliśmy się omawiając po cichu akcje na kolejny tydzień. O godzinie 22.30 padliśmy ze zmęczenia. Następny dzień zapowiadał się spokojnie. Zbiórka na śniadanie o 8.00, a następnie zanudzająca wycieczka po okolicy. Tak jak było to w planie po śniadaniu poszliśmy się szlajać. Oczywiście nasza czwórka szła na końcu obgadując resztę społeczeństwa. Po przechadzce mieliśmy mieć czas dla siebie aż do wieczora. Wróciliśmy do budynku i nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie wymyślili przypałowej akcji. Przed obiadem poszliśmy do pokoju pielęgniarki i wchodząc do niego niezauważeni przechyciliśmy opakowanie tabletek przeczyszczających. Poszliśmy do jadalni, gdzie na stołach stały już przygotowane wazy z gorącą zupą. Dosypaliśmy do każdej po kilka tych proszków. Gdy pani chciała nalać nam tego zupo podobnego czegoś Nathan wymyślił nietolerancje glutenu zawartego w posiłku, którą mieliśmy mieć wszyscy tłumacząc, że rodzice zapomnieli dodać tego w papierach. Poskutkowało. W czwórkę usiedliśmy przy jednym stole jedząc chleb i czekając aż zaczną się 'wyloty' do łazienki. Nie minęło pięć minut a stało się to czego wyczekiwaliśmy. Wszyscy zaczęli wybiegać nie pytając się nawet pani co sprawiło, że cała nasza paczka zwijała się ze śmiechu.
- Śmieszy to was?! - zapytała nerwowo wychowawczyni.
- Nie ten.. bo widzi pani.. ten chleb ma taką fajną konsystencję. - zaśmiał się Nathan.
- Żebyś się czasem nim nie naćpał. - dopowiedziałem ze śmiechem.
- A chcesz żeby twoja uwaga w dzienniczku też taką miała?!
To pytanie wzbudziło u nas jeszcze większy wybuch nieopanowanego śmiechu. Na reakcję pani nie czekaliśmy długo. Z wściekłą miną pokazała na drzwi karząc wyjść na korytarz i dała nam 'karę' na wieczorną wycieczkę. Mieliśmy zostać sami w pensjonacie co w sumie nam całkowicie pasowało, bo najlepiej bawiliśmy się razem. Usiedliśmy przy stole na korytarzu rozmawiając, śmiejąc się z całej tej sytuacji i planując kolejne bekowe akcje przez resztę dnia. Potem wszyscy wróciliśmy do pokoju. Bardzo chciało mi się spać, to był męczący dzień. Nie tylko ja byłem śpiący. Nathaniel już dawno spał, Lucinda zmywała makijaż w łazience, a ja siedziałem z Mają na łóżku. Patrzyliśmy sobie w oczy, zupełnie tak jak wtedy gdy byliśmy uwięzieni w jaskini. Wygląda tak pięknie w tym naszyjniku, cieszę się, że jej się podoba. Ale żeby nigdy go nie ściągać? Pocałowałem ją w czoło, oboje położyliśmy się w łóżkach znajdujących się obok siebie. Lucy wyszła z łazienki ubrana w swoją fioletowo - czarną piżamę i zajęła łóżko na przeciwko naszych - obok Nathaniela. Nachyliła się nad nim, okryła kołdrą i wyszeptała tylko "Dobranoc". Po chwili w pokoju panowała ciemność. Tylko przez okno było widać księżyc. Zawsze uwielbiałem ten widok. Po raz pierwszy zobaczyłem Maję na tamtej kolonii, dwa lata temu, wyglądała cudownie w świetle księżyca. To samo światło widziałem teraz. Nie mogłem oderwać od niego wzroku.
- Chyba wszyscy już zasnęli. - pomyślałem.
Poprawiając śnieżno białą poduszkę usłyszałem dziwny odgłos. Taki jakby szmer. Powtórzył się kilka razy.
- Jeśli robicie sobie ze mnie żarty, to wcale nie jest zabawne.
Nie usłyszałem odpowiedzi. Wstałem, by zapalić światło. Naciskałem przełącznik kilka razy, ale nic się nie działo. Zapaliłem swoją latarkę i poświeciłem po pokoju. Wszyscy spali. Postanowiłem, że ich obudzę.
- Maja, Lucinda, Nathan! - zawołałem. - Wstawajcie!
Dziewczyny usiadły na łóżkach, Nathaniel nadal spał.
- Słyszałem dziwne szmery. Światło nie działa.
- Może to mysz. - odparła Maja.
- Albo płetwal błękitny. - zaśmiała się Lucy.
Po chwili wszyscy się śmialiśmy. W naszym towarzystwie najbardziej lubię to, że nigdy się nie nudzimy przebywając razem. Nagle światło samo się zapaliło. Wszyscy zrobili poważne miny, co zdarza się naprawdę rzadko. Nathaniel obudził się przerażony.
- Co się stało? - zapytała ze zmartwieniem Lucinda.
- Miałem wizję.. To nie był sen. Dziwne, wydawało mi się, że wiedziałem co wydarzy się w przyszłości. - odpowiedział Nathan zdenerwowanym głosem.
Pierwszy raz widziałem jak się denerwuje, więc mu uwierzyłem.
- Musimy dowiedzieć się co się stało.
Powoli zeszliśmy na dolne piętro po schodach. Trochę skrzypiały, więc staraliśmy się cicho stąpać po każdym z nich. Nie zauważyliśmy nic podejrzanego, więc wróciliśmy do pokoju. Chwyciłem za rękę Maję, Nathan zrobił to samo z Lucindą. Obudziliśmy się rano, wszystko było jak dawniej. Te szmery nic nie znaczyły, a jeśli chodzi o światło - to na pewno awaria prądu. Tak myślę, a bynajmniej tak chcę myśleć.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz